sobota, 14 czerwca 2014

Sobota, 14.06.2014r.

Rano

Dziś sobota, więc wstałam później. Była gdzieś 9.00. Dziwne, bo psa nie było. moich rodziców nie było, mama była w pracy, a tato z rana miał pojechać do miasta na większe zakupy. Zostałam sama, więc poleżałam chwilkę, ale głód nie pozwolił mi się zrelaksować. Po za tym, chłód wdzierający się przez okno odmroził mi trochę nogi, więc nie mogła już leżeć.
Skierowałam się do kuchni, przy misce leżał mój pies, na stole było śniadanie.
Po śniadaniu przebrałam się w swoją ulubiona kraciasta koszulę oraz niebieskie leginsy, założyłam próbne soczewki. Wzięłam szczotkę i stanęłam przed wielkim lustrem w przedpokoju.Rozczesałam je porządnie, po czym ułożyłam jak zwykle; grzywką przysłoniłam część oka, a resztę włosów do przodu- są dość długie i zanadto grube. (tak jak ja...)
Zamknęłam drzwi do pokoi, zamknęłam psa w przedpokoju z dojściem do kuchni, ubrałam długie buty (oficerki) i ruszyłam z uśmiechem do koni.

Południe 

Droga do koni to kręte, wiejskie ścieżki, trochę betonu, ale głównie łąki. Słońce zaczęło się wychylać znad bieszczadzkich połonin ogrzewając wysokie letnie trawy. W tle krajobrazu gdzieś śpiewały ptaki, szumiał gdzieś potok, dalej rżały konie.  Legendy mówią, że to te Bieszczadzkie anioły pilnują harmonii.
"Anioły są takie ciche.. Zwłaszcza te w Bieszczadach.. gdy spotkasz takiego w górach, wiele z nim nie pogadasz" -nuciłam sobie pod nosem moja ulubioną piosenkę z tego terenu. Taki tutejszy hymn.
Kończąc zwrotkę znajdowałam się kilka metrów od początku pastwisk. Dobiegłam wesoło do mojego ulubionego miejsca- przy potoku- i przysiadłam.
Zamknęłam oczy.
taaak....Akurat zawiał wiatr. Niesamowite!

Siedziała bym wciąż spokojnie, gdyby nie coś..
Chłód czyiś rąk delikatnie zebrał moje włosy. Odgarnął moją grzywkę, przypadkowo i delikatnie otarł się o moje czerwone policzki. uwielbiam kiedy ktokolwiek dotyka moich włosów. Jest to dla mnie najwspanialsze uczucie, niestety rzadko coś takiego się zdarza.
Siedziałam wciąż z zamkniętymi oczami, było mi tak przyjemnie że otworzyłam delikatnie buzię, musiało to komicznie wyglądać!
Ręce wciąż bawiło się moimi włosami, chwytało, rozdzielało, plotło... W końcu podzieliło na cztery części i zaczęło przez siebie przeplatać. Czekałam dalej, co się stanie... Włosy zostały związane czymś, potem osoba zostawiła je w spokoju, ale ja chciałam więcej... Zimne rączki pogłaskały mój policzek, wtedy otworzyłam oczy.  Delikatnie odwróciłam głowę, jednak osobę którą zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Sprawcą owych "pieszczot" był chłopak, który nie lubił mnie najbardziej ze wszystkich. Konrad, lekko speszony moim wyrazem twarzy próbował się uśmiechnąć.
Zerwałam się z trawy, chciałam uciekać, płakać, krzyczeć, i Bóg wie co jeszcze, może nawet się bić. Złapał mnie jednak za rękę, spojrzał w przeszklone oczy i zbliżył się do mojego ucha.
- Przepraszam...- powiedział z zakłopotaniem. Musiał być bardziej speszony ode mnie, skoro nie wiedział co powiedzieć, a zazwyczaj tylko krzyczy.
Wciąż ciągnąc mnie za rękę zaciągną do koni, pomógł wsiąść na dobrego konia. On sam dosiadł swojego ulubionego ogiera- Alexa.
- Śmiało, wiem, że to kochasz...
Ruszyliśmy na początek kłusem pod las. Dawno nie jeździłam bez siodła, ani uzdy. Trzymałam się tylko końskiej grzywy. Zatrzymałam się w cieniu, zsiadłam. Chciałam wracać do domu, jednak zatrzymał mnie głos Konrada.
- Czekaj, czekaj...!- dobiegł do mnie.- To jak będzie? Wybaczysz mi?..
Chyba mu zależało, ale nie wiem. Może on tylko żartował? Znów chciał mnie skrzywdzić? A może jednak zrozumiał..?
Tysiąc jeden myśli. Zero odpowiedzi.
- Chciałabym, ale..- urwałam. Konrad się uśmiechną, tak, jakby wiedział że ja i tak nie potrafię się gniewać.
Ruszyliśmy w swoje strony.

Wieczór

Opadłam bezwładnie na łóżku, analizując dzisiejszy dzień. Chwyciłam za włosy, by je rozpuścić, w ręce została mi błękitna wstążka.
"coś mi się zdaje, że wszystko się zmieni" pomyślałam.

Przysiadłam do komputera by opisać to wszystko.

Opis i początek mojego pamiętniczka



Chwiejnym krokiem wstałam z łóżka, spoglądając na zegarek wskazujący godzinę 8.15.
Rozglądnęłam się po pokoju. W moich nogach jak zwykle spała czarno-biała kulka, ważąca prawie 30 kg. Hera, bo tak miała na imię moja psina, była rasy Pit-bul i jak dotąd była moją jedyną przyjaciółką. 
W szkole nie układało mi się najlepiej; w prawdzie mam oceny dobre, bardzo dobre a nawet celujące, ale ja nie potrafię być przyjacielska. Unikam raczej ludzi, przez co stałam się stałym punktem szkolnych drwin i wyzwisk. 
Nie miałam zwyczaju odpyskowywać. "Uszy po sobie" jak to mawiał mój pradziadziu, który już nie żyje (kiedyś opowiem o tym co mi opowiadał) Szczególną osobą która zawsze miała do mnie coś był Konrad, był ode mnie o rok starszy. Miał wyjątkowo paskudny charakter, podporządkowana mu jest cała szkoła. I nikt mu nic nie powie.
Konrad, tak jak ja, jeździ konno, i, jakby na przekór, wychodzi mu to całkiem dobrze. Często widywałam go na otwartych pastwiskach koni, zawsze na nie patrzył, czasem siadał i ćwiczył jazdę oklep. Tylko wtedy można było zauważyć jego wygląd naturalny. Smukła, lekko piegowata twarz o zadziornym kształcie, ciemne włosy, zawsze bujne i rozwiane. Nigdy nie rozmawiałam z nim. Zawracałam, bo za wszelką cenę wolałam być sama.